596 views, 12 likes, 6 loves, 2 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Yamaha Szkoła Muzyczna w Pułtusku: BRAK PRĄDU - NO PROBLEM Wczoraj w trakcie zajęć instrumentalnych u Pani Magdy,
Głównym powodem dla którego samochód wyposażono w akumulator, jest uruchamianie samochodu. Akumulator zasilając rozrusznik doprowadza do uruchomienia silnika. Potem używany w pojeździe prąd generowany jest przez alternator, który jednocześnie też doładowuje akumulator. Jeżeli zdarzyło się, że akumulator ulegl rozładowaniu, a po ponownym naładowaniu trzyma prąd tylko
Czy dzisiaj był prąd w Woli ?, Wola Radziszowska. 297 likes · 3,954 talking about this. Czy dzisiaj przez cały dzień był prąd na wsi ?
prąd elektryczny to przepływ elektronów w przewodniku. Siłę potrzebną do tego, aby prąd płynął przez przewodnik nazywamy napięciem, a potencjał to inne określenie napięcia. Na przykład pierwszy element ma więcej ładunków dodatnich, więc ma wyższy potencjał. Czy długość przewodu wpływa na natężenie prądu?
Motornicza z Wrocławia zauważyła kierowcę, którego zachowanie na drodze odbiegało od normy i obowiązujących przepisów. Kobieta zadziałała błyskawicznie, zatrzymała tramwaj i przy
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowych lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez RADIO ELKA Sp. z o.o., Agencję Reklamową
. Kiedy przyszło rozliczenie za dwa miesiące zużycia energii elektrycznej, pani Krystyna przeżyła szok. Dostała z mężem do zapłaty 672 zł. "Jak to możliwe? Przecież do tej pory płaciliśmy raptem po 30 zł", pyta kobieta, która skontaktowała się z naszą Krystyna mieszka w domu jednorodzinnym. Ma dwa liczniki, z których jeden jest ulokowany w piwnicy. W tym pomieszczeniu nie ma żadnych urządzeń poza dwiema świetlówkami-jarzeniówkami. Przez około trzydzieści lat za korzystanie z energii zużywanej na "tym liczniku" mieszkańcy domu w Bydgoszczy płacili co dwa miesiące około trzydzieści Właściwie płacił mąż, bo na niego zawsze przychodziło rozliczenie - mówi pani Krystyna, która skontaktowała się z redakcją Expressu Cię może też zainteresowaćNowy parking w centrum otwarty, ale częściowo. Czy to Park&Ride? Budzi kontrowersje Małżeństwo przeżyło szok, kiedy przy ostatnim spisywaniu licznika okazało się, iż do zapłaty dostał ponad 672 zł. Klient złożył reklamację. Na własny koszt skorzystał z możliwości badania technicznego licznika, którą złożyła jej firma Enea. Badanie nie wykazało nieprawidłowości. Licznik został wysłany po raz kolejny do laboratoryjnego badania. W sumie za dwa badania techniczne urządzenia nasz czytelnik musiał zapłacić około 280 zł. Wprawdzie w korespondencji otrzymanej od Enea Operator w Bydgoszczy znajduje się informacja, że koszt jest zwracany w przypadku stwierdzenia uszkodzenia licznika, ale w tym przypadku czegoś takiego nie stwierdzono."Licznik został sprawdzony laboratoryjnie i nie posiada żadnych uszkodzeń zarówno w działaniu urządzenia, jak i mechanicznych na zewnątrz" - czytamy w odpowiedzi od firmy Enea. "Licznik posiadał ważną cechę legalizacyjną z roku 2015. Według zapisów naszego systemu odczyty powyższego układu pomiarowo-rozliczeniowego były wykonywane przez inkasenta, montera oraz podawane przez Odbiorę. Nie jesteśmy w stanie ustalić, jakie urządzenia były włączane w poszczególnych okresach rozliczeniowych".Licznik starego typu- W ten sposób koszty korzystania i okazjonalnego z dwóch lamp jarzeniowych w piwnicy wzrosły do około 1 tys. zł. Wliczam w to koszt badań. Przy czym w dalszym ciągu nie wyjaśniona została przyczyna naliczenia tak wysokich kosztów zużycia energii - mówi Czytelniczka Expressu Czy mamy jeszcze jakieś drogi odwołania, działania w celu wyjaśniania tej sprawy, czy pozostaje już tylko "przełknąć" tak wysokie naliczenie, zapłacić i mieć nadzieję, że podobna sytuacja się nie powtórzy? - dopytuje operatora energetycznego, z którym klienci się kontaktowali, nie daje wielkich nadziei. Dodatkowo problemem okazał się wiek licznika, który był w użyciu nieprzerwanie od... 1986 Dowiedzieliśmy się, że liczniki tego starego typu nie dają możliwości stwierdzenia, zbadania, w którym momencie użytkowania doszło do tak potężnego wzrostu zużycia prądu. Teraz założono nam nowy licznik. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że z nowych urządzeń można już odczytać dokładny przebieg poboru mocy - mówi pani się w tej sprawie do firmy Enea - Faktura otrzymana przez klienta, to faktura wystawiona na podstawie odczytu dokonanego przez inkasenta, która skorygowała rozliczenia za okres od końca 2020 r. do wiosny 2022 roku, czyli za kilkanaście miesięcy - mówi Gazecie Pomorskiej Mateusz Pilarczyk, specjalista ds. public relations w Enea - Przez ten czas klient podawał samodzielnie odczyty licznika energii elektrycznej i na ich podstawie były wystawiane kolejne faktury. W kwietniu tego roku stan licznika został odczytany przez naszego inkasenta i rozliczenie zużytej energii odbyło się na podstawie stanu licznika."W tym przypadku nie ma technicznej możliwości wskazania, kiedy nastąpiło zużycie energii elektrycznej" - czytamy w odpowiedzi od firmy Enea. "Taką powszechną możliwość dają instalowane sukcesywnie u części klientów Enei Operator nowe liczniki zdalnego odczytu. Są to nowoczesne urządzenia, które pozwalają na bieżące rejestrowanie zużycia energii elektrycznej, tym samym przyczyniają się do jej racjonalnego i efektywnego wykorzystania. Każdy odbiorca, u którego zostanie zainstalowany licznik zdalnego odczytu będzie rozliczany na podstawie rzeczywistego zużycia energii elektrycznej, bez konieczności wykonywania okresowych odczytów. Obecnie konsekwentnie realizujemy plany wymiany liczników zdalnego odczytu. Do końca 2023 roku Enea Operator zainstaluje je u ponad 15% odbiorców, natomiast do końca 2028 roku u co najmniej 80% z nich. Zasady i koszty badania licznika energii elektrycznej są regulowane przez prawo."Klienci mają możliwość rozłożenia płatności na raty lub wydłużenia okresu płatności – wniosek składany jest pisemnie, a każda sprawa rozpatrywana indywidualnie - podkreśla biuro firmy. "Dodatkowe informacje można pozyskać za pośrednictwem naszej infolinii (611 111 111), w stacjonarnych Biurach Obsługi Klienta, a także na stronie ofertyMateriały promocyjne partnera
Tragiczne zakończenie dzisiejszego odcinka "Nasz nowy dom". Niestety pani Irena zmarła kilka tygodni po remoncie domu. Tragicznie zakończył się dzisiejszy odcinek programu "Nasz nowy dom". Niestety kilka tygodni po zakończeniu remontu bohaterka odcinka, pani Irena, zmarła. Kobieta całe swoje życie poświęciła innym - była lekarzem. Ten odcinek był naprawdę niezwykle wzruszający. Uczestniczka programu "Nasz nowy dom" zmarła kilka tygodni po remoncie jej domu Pani Irena i jej rodzina byli bohaterami czwartkowego odcinka programu "Nasz nowy dom". W dzielnicy Koło, w małym mieszkaniu na pierwszym piętrze, pani Irena mieszkała wraz córką Anną oraz dwojgiem wnucząt. Pani Irena była lekarzem, całe życie ciężko pracowała i poświęcała się dla innych. Kobieta wkładała całe serce i energię w pomoc potrzebującym, ale przy tym kompletnie zaniedbała samą siebie. Niestety ciężka praca negatywnie odbiła się na jej zdrowiu. Pani Irena była po dwóch udarach i zawale serca. Potrzebowała pomocy we wszystkich czynnościach, niestety również nie chodziła. Zobacz także: Chorobę wykrył u niej lekarz podczas wywiadu, rok temu Katarzyna Dowbor przeszła poważną operację, jak się dziś czuje? Panią Ireną troskliwie opiekowała się jej córka Anna, która samotnie wychowuje ośmioletnią Maję i półtorarocznego Franka. Pani Anna musiała utrzymywać całą rodzinę, opiekować się chorą mamą i dwójką dzieci. Zostałam kapitanem na tym statku i w związku z tym muszę mierzyć się z tą rzeczywistością i zachowywać spokój. Mimo, że statek tonie, nie wolno siać paniki […] Chciałabym, żeby mieszkanie było bardziej funkcjonalne dla mamy, żeby mogła troszeczkę więcej uczestniczyć w życiu rodzinnym - mówiła pani Anna w programie. Mieszkanie na warszawskiej Woli było kompletnie nieprzystosowane do potrzeb rodziny, a przede wszystkim do potrzeb pani Ireny. Jego stan zagrażał bezpieczeństwu całej czwórki. Z pomocą przybyła ekipa programu "Nasz nowy dom" - projekt wnętrza wykonał Maciek Pertkiewicz, a remontu dokonał niezawodny Artur Witkowski i jego pracownicy. Mieszkanie zostało zupełnie odmienione i przede wszystkim zostało przystosowane do potrzeb pani Ireny. Dla kobiety, jej córki i wnuków było to spełnienie najskrytszych marzeń! Niestety, pani Irena kilka tygodni później zmarła. Rodzinie i najbliższym składamy najszczersze kondolencje. Pani Irena przez całe życie ciężko pracowała i poświęcała się dla innych. Była wspaniałą osobą o wielkim sercu Mat. promocyjne
Człowiek, który nie żyje od kilkunastu miesięcy, podpisany na umowie z dostawcą prądu. Sprawę bada policja. Dostawca prądu: pomagamy w Krystyna z Wrocławia dowiedziała się o tej umowie przypadkiem. Prąd zawsze miała od spółki Tauron. Na umowie z Tauronem podpisany był jej mąż Ryszard. Zmarł w sierpniu 2014 roku. Nie zdążyła jeszcze zmienić umowy ani przepisać jej na siebie. Kilka tygodni temu poszła do biura Tauronu załatwić jakąś formalność z licznikiem prądu. Tam... dostała kopię umowy z października 2015. Podpisał się na niej... jej mąż. Na umowie było napisane, że zmienia dostawcę prądu z Tauronu na gdańską Energę. - Nikt u mnie nie był. Nie podpisywałam żadnej umowy. Mąż nie żyje. Zresztą podpis na tej umowie nie jest jego. Mój też nie - opowiada nam wdowa. Nieprawdziwy jest też numer PESEL pana Ryszarda. Urodził się w 1936 roku, a z PESELU wynika, że.. w 1949. - Poszłam na policję. Tam usłyszałam, że ostatnio mają dużo zgłoszeń w sprawie umów dotyczących zmiany dostawcy prądu - dodaje pani Znamy tę sprawę. Opisana praktyka jest dla nas absolutnie niedopuszczalna - zapewnia Jakub Dusza z biura prasowego gdańskiej Energi. - Trwa w tej sprawie postępowanie prowadzone przez organy ścigania. W tego typu przypadkach zawsze w pełni współpracujemy z policją - dodaje pracownik firmy energetycznej. Rynek energii elektrycznej jest uwolniony i każdy może podpisać umowę z dowolną firmą spośród tych, które mają koncesje na handel prądem. Od wielu miesięcy docierają do nas sygnały, że akwizytorzy - nie zawsze uczciwi - różnych firm „energetycznych” krążą po domach oferując swoje usługi. Z naszych informacji wynika, że podstępem albo oszustwem wyłudzają tłumaczą, że zmiany operatora wymaga Unia Europejska. Zdarza się, że w ogóle nie mówią, że są z nowej firmy. Przekonują, że to dotychczasowy dostawca prądu, tylko trzeba podpisać nową umowę. Bo coś się zmieniło, bo korzystniejsze warunki. Mama pani Agaty - akwizytorzy byli u niej rok temu - też myślała, że nie zmienia dostawcy prądu, tylko podpisuje korzystniejszą umowę. - Powiedziała mi o tym. Jak wczytałam się w tę umowę, to wyszło, że niekoniecznie będzie korzystniejsza. pamiętać, że w tego typu sytuacjach - gdy podpisaliśmy umowę poza siedzibą firmy, czyli choćby u nas w domu - mamy czternaście dni na jej wypowiedzenie. Nie musimy tłumaczyć, dlaczego zrywamy kontrakt. I nie możemy zostać obciążeni żadnymi karami.
24 lip, 13:30 Ten tekst przeczytasz w 8 minut Gdy pojawia się na ulicy, czasem trudno go dostrzec. Jego poskręcane chorobą, wbite w wózek ciało, czyni z niego postać niepozorną, łatwą do zgubienia w tłumie. Ale można do niego dotrzeć po dźwiękach. Też nienachalnych jak cały on. To delikatne, kojące dzwonienie, jakiego jest sprawcą, trafia przez ucho prosto do serca. Idziesz za tym dźwiękiem, a potem gdy dotrzesz do Przema, rozdziawiasz buzię. Foto: Agnieszka Herman Przemek "Rocker" Wrzeszcz Przemek "Rocker" Wrzeszcz, mimo że ma porażenie mózgowe, nie lubi słowa "niepełnosprawność". Stara się żyć jak jego zdrowi rówieśnicy. Ważne dla niego zarabianie na siebie. Nie chciał bowiem obciążać chorych rodziców Pani w pośredniaku zobaczyła moje oświadczenie o niepełnosprawności, w którym napisano: "Niezdolny do pracy, nawet pracy chronionej" i zezłościła się, że jej głowę zawracam. "Ma pan orzeczenie, niech więc pan siedzi spokojnie w domu" i tyle. No a na takie zbycie, to z kolei ja się zezłościłem. Pomyślałem, że jeśli system mnie olał, to ja olewam system i wyszedłem zarabiać na ulicę — przyznał Muzyk zarabiał na życie, grając na dzwonkach na warszawskiej Patelni. To pozwalało mu wynająć mieszkanie i opłacić opiekuna, który musi mu pomagać 24h/7. W czasie pandemii było to jednak niemożliwe Przemek chciałby znów wyprowadzić się od rodziców. Pomagają mu w tym znajomi i przyjaciele, którzy ostatnio zorganizowali dla niego akcję "Godzina dla Rockera", która miała umożliwić znalezienie źródła finansowania Więcej podobnych historii znajdziesz na stronie głównej Onetu — No, tak, wstyd się przyznać, ale moje pierwsze spotkanie z Przemkiem też wywołało u mnie efekt: "Ooo" — opowiada Małgosia, jedna z wielu osób zasilających Drużynę Rockera. – To zdziwienie rozlało się u mnie na wiele poziomów. Oczywiście zadziwiło mnie to, jak ktoś z tak dużą niepełnosprawnością może grać na jakimś instrumencie i jeszcze wydobywać z niego tak ładnie dźwięki, które układają się potem w melodie znanych szlagierów, ale zadziwiłam się też samą sobą. Bo oceniając po fizyczności Przemka, od razu uznałam, że jest też niepełnosprawny intelektualnie i gdy zaczęłam do niego mówić, to właśnie jak do kogoś takiego. Infantylnie, powoli, wielkimi literami. "He, he — zaśmiał się wtedy Przemek. — Nie musisz mówić do mnie w ten sposób. Nie jestem chory umysłowo. Tylko moje ciało jest nie halo. Z głową mam wszystko w porządku". Ależ mnie wtedy zatkało. Zrobiło mi się głupio. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo stereotypowo go potraktowałam. Tymczasem Przemo, tylko się uśmiechał. Nie obraził się. Był zdecydowanie bardziej wyrozumiały na ludzkie błędy i ułomności niż ja. Przemek wygląda na niepełnosprawnego i fizycznie rzeczywiście jego sprawność zawęża się w zasadzie tylko do dość ograniczonych ruchów jednej ręki. Ma porażenie mózgowe, jeździ na wózku, mówi z trudnością, nie do końca zrozumiale. Na co dzień wymaga praktycznie całodobowej opieki, bo samodzielnie nie jest w stanie wstać z łóżka, skorzystać z łazienki, wdrapać się na wózek. Jak bowiem wiele można samodzielnie zrobić, gdy z całego twojego ciała działa zaledwie jakiś jeden mały jego fragment? — Można podsunąć sobie kubek, by czegoś się napić, ale w tym kubku musi być już napój i do napoju włożona słomka. Można, witając się z kimś zrobić z nim żółwika, no i też można grać… na cymbałkach — wymienia Kamil, reżyser i lider Drużyny Rockera. (W tym momencie tekstu powinien ze swoim protestem wejść Przemek, bo w relacji z Kamilem, który non stop myli nazwę jego instrumentu, Przemek zawsze prostuje ten błąd: "To nie żadne cymbałki, Kamil, tylko dzwonki. Dzwonki!"). — Tak więc Przemka poznałem wiele lat temu, w okolicach Wszystkich Świętych, kiedy gdzieś przy Powązkach grał na dzwonkach (!) — kontynuuje swoją opowieść Kamil. — Tłum śpieszący na cmentarz popychał mnie dalej, ale coś mnie poruszyło, żeby zawrócić i zamienić z grającym dwa słowa. Podszedłem i byłem świadkiem takiej oto sceny: młoda dziewczyna wrzuciła mu kilka złotych do puszki. Przemek podziękował, a ona na to: "To ja panu dziękuję!". Zaskoczyło mnie to wtedy, za co też ona mu dziękuje. Ale po latach, które upłynęły od tego zdarzenia, wiem doskonale (i wie to tłum rozmaitych przyjaciół Przemka) — że to jemu jesteśmy winni wdzięczność. Za uśmiech, za pomaganie, za przejmowanie się problemami innych, za wsparcie w najtrudniejszych chwilach, za ciepło i niekończącą się życzliwość. Chcą iść do kosmetyczki i słyszą "a po co ci to". Niepełnosprawnym odbiera się kobiecość Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo "Nie chcę tylko brać!" Na co dzień zapewne wielu w pełni sprawnych ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dobrze jest móc pomagać i być użytecznym dla innych, a nie tej pomocy potrzebować. Przemek od dziecka skazany był na przyjmowanie pomocy, bo samodzielnie nie może funkcjonować. Każdego dnia musi liczyć na "łaskę" osób z zewnątrz, żeby wykonać choćby podstawowe czynności niezbędne do przeżycia. — Niektórych niepełnosprawnych taka sytuacja bycia uzależnionym od pomocy z zewnątrz, potrafi zasklepić w roli ofiary — mówi Małgosia. — W efekcie stają się roszczeniowi i nawet nieszczególnie zainteresowani jakimkolwiek przekraczaniem granic tej swojej niepełnosprawności. Poddają się jej i przyzwyczajają do tego, że to oni są petentami. W przypadku Przemka jest odwrotnie. On wciąż szuka sposobów na zdobycie niezależności, na zagranie tej swojej niepełnosprawności na nosie. — Kiedyś rozmawiałam z Przemkiem o tym, dlaczego właściwie zajął się graniem muzyki i wyszedł na ulicę — opowiada Iza, z Drużyny Rockera. — Opowiedział mi, jak to po rezygnacji ze studiów (przyp. red. — po maturze Przemek rozpoczął studiowanie teologii na ATK, ale tam szybko wyleczono go z religijności, summa summarum zrezygnował i ze studiów, i z kontaktów z instytucją kościelną) postanowił "pójść" do pośredniaka i poszukać pracy. — No a na takie zbycie, to z kolei ja się zezłościłem. Pomyślałem, że jeśli system mnie olał, to ja olewam system i wyszedłem zarabiać na ulicę — dodał. "Drużyna Rockera" "Marzyliśmy o zdrowym dziecku, teraz walczymy o naszą córkę" Przemo chciał pracować na swoje utrzymanie, a nie cały czas być bagażem dla rodziny. Nie chciał być tylko petentem, pragnął być użyteczny i być wśród ludzi, bo on uwielbia kontakt z ludźmi. I przyciąga ich do siebie jak lep muchy. Myślę, że to dlatego, że on nie ocenia, on bierze ludzi takimi, jakimi są i akceptuje. Gdy Przemek wyszedł na ulicę grać na swoich dzwonkach, zatrzymywały się przy nim różne osoby, zagadywały. Wiele z nich w wyniku różnych swoich perypetii życiowych głównie żyło na ulicy i z ulicy. Osoby uzależnione, złamane przez los, pogubione lgnęły do Przemka, bo okazał się nad wyraz dobrym słuchaczem, wrażliwym rozmówcą i człowiekiem mądrym, ale taką mądrością, którą zdobywa się, doświadczając rozmaitych odmian cierpienia. Może dlatego też z tymi poranionymi ludźmi tak łatwo było mu złapać porozumienie, może dlatego też umiał do nich dotrzeć i odpowiednio ich wesprzeć. Sporo z nich dzięki Przemkowi porzuciło nałóg i wyszło na prostą. Kilku podniosło się z ogromnego psychicznego dołka. Wielu zmotywował do tego, by zaczęli wykorzystywać swoje talenty. Jednocześnie też wielu z tych, którzy Przemka na swojej drodze spotkali, patrząc na niego, nie mogło się nie zastanowić: "Czy ja naprawdę nic już nie mogę zrobić ze swoim życiem? Czy mam gorzej od tego gościa? Czy mam w ogóle prawo się nad sobą użalać? A tak w ogóle to dlaczego ten gość ma w sobie stale tyle życzliwości i poczucia humoru, choć na oko ma mnóstwo powodów do zrzędzenia i złorzeczenia losowi?". — No właśnie, to co charakterystyczne dla Przemka, to uśmiech i pozytywna energia — mówi Joasia, z Drużyny Rockera. — Poznałam go dawno temu, bo 1995 r. Maczał wówczas palce w organizacji koncertu oraz zbiórki pieniędzy na rzecz WOŚP. Jak to z Przemkiem zwykle bywa — było głośno i niesamowicie! Natomiast po koncercie ruszyliśmy całym sztabem do Warszawy, przekazać zebrane fundusze Jurkowi Owsiakowi. Wiele miłych wspomnień. Tak właśnie zaczęła się nasza znajomość. Bardzo cenię sobie tę przyjaźń. Zawsze można liczyć na jego dobre słowo i charakterystyczne poczucie humoru. Kibicuję mu z całego serca, by jego marzenie o powrocie do grania na ulicach Warszawy spełniło się. "Co mogę jako niepełnosprawny tata?" Bloger opublikował wzruszające nagranie Marzenie do spełnienia — Przez wiele lat grałem na dzwonkach na ulicach różnych miast, ale najfajniej było w Warszawie przy Patelni ( — nazwa charakterystycznego miejsca w centrum stolicy na skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej, tuż przy wejściu do metra) — opowiada Przemek "Rocker" Wrzeszcz. Ale przyszła pandemia i wszystko popsuła. Przemek nie mógł już na siebie zarabiać, nie stać więc było go na wynajem mieszkania w Warszawie i opłacenie pracy opiekuna. Musiał znów wrócić pod opiekę rodziny w Łodzi i w sumie na ich utrzymanie. — Jest mi z tym źle — wyznaje. — Bo moi rodzice mają bardzo małe emerytury i sami są mocno schorowani. Trudno im z tym wszystkim i ta świadomość mi ciąży. Poza tym mieszkając u nich, praktycznie nie wychodzę na zewnątrz, bo mieszkanie znajduje się na piętrze, na które trzeba wtargać wózek ze mną, a dla moich rodziców to niewykonalne. Marzy mi się, by wrócić do tego, co było przed pandemią, ale by tak się stało, potrzebuję pieniędzy, by wynająć mieszkanie przystosowane dla osoby niepełnosprawnej oraz opłacić opiekę, no i musiałbym znaleźć opiekunów. Foto: Agnieszka Herman Przemek "Rocker" Wrzeszcz Opiekunowie dzieci z niepełnosprawnością walczą z hejtem. Powstała nietypowa zbiórka By pomóc Przemkowi zrealizować jego marzenie, jego przyjaciele (Drużyna Rockera) rozpoczęli w 2021 r. akcję "Godzina dla Rockera", która ma umożliwić Przemkowi znalezienie źródła finansowania jego opiekunów w Warszawie. W tym roku, by akcję nagłośnić, 3 lipca na słynnej warszawskiej Patelni — dawnym miejscu pracy Przemka, zorganizowali muzyczną imprezę informacyjną. — To było niesamowite — opowiada Rocker. — Przybyło tyle osób. Zagrał wspaniały zespół Ritmo Bloco, zagrali chłopcy z Trans Human Band i wystąpiły Dzieci z Dworca Brześć. Spontanicznie dołączył do nas przechodzień — Anatolij z Chersonia z Ukrainy, który jak się dowiedział, o co chodzi w akcji, to stwierdził, że też chce dać coś od siebie i dał nam pokaz swoich beatboxowych umiejętności. Przyszła sama Dorota Sumińska i podarowała mi swój ponad stuletni bęben z Maroka, żebym oprócz dzwonków mógł może pograć na czymś innym. Dostałem też upominki z życzeniami od firm Yope i Risk Made in Warsaw. Wszyscy z Drużyny Rockera, zaangażowani w akcję pomocową dla Przemka zdają sobie sprawę, że pomoc ta nie może opierać się na jednorazowości. Że musi być ona stała i długofalowa, bo Przemek ciała nie zmieni, do końca życia będzie potrzebował wsparcia. Aby móc opłacić opiekuna, który będzie mu towarzyszył 24h/7, potrzeba regularnych comiesięcznych wpłat na subkonto fundacji Avalon w wysokości ok. 40 zł (ekwiwalent godziny pracy opiekuna) przynajmniej 720 osób/podmiotów gospodarczych (czyli tyle, ile jest średnio godzin w miesiącu). Nierealne? — Wprost przeciwnie — uważa Kamil. — W tym roku w związku z wydarzeniami w Ukrainie dowiedzieliśmy się o nas, Polakach ważnej rzeczy — chcemy pomagać i potrafimy to robić skutecznie. Dlatego ja, całym sercem wierzę, że realizacja Przemkowego marzenia jest jak najbardziej możliwa. Poza tym, jak ktoś już Przemka pozna, to się po prostu pomaganiem zaraża. Wystarczy popatrzeć na nas, ludzi z jego Drużyny (śmiech), niemal weszło nam to już w krew. Ale jak człowiek pomaga, to coś się z nim dzieje dziwnego, jakoś to człowieka uruchamia, uskrzydla, zaczynasz czuć się ze sobą dobrze. Może to w ogóle jest jakiś sposób na bolączki współczesności — na poczucie bezsensu, depresje, samotność? Być użytecznym. Chcesz podzielić się z nami swoją historią lub opinią? Napisz do nas! Czekamy na maile: redakcja_lifestyle@ Data utworzenia: 24 lipca 2022 13:30 Izabela Marczak Izabela Marczak, dziennikarka, redaktor naczelna portalu To również Cię zainteresuje
Reporter łódzkiej gazety „Głos Poranny” zapewniał w 1934 roku, że do obsługi nowoczesnych, elektrycznych urządzeń nie potrzeba żadnych specjalnych kompetencji. Nawet mężczyzna, słomiany wdowiec w okresie letnich wyjazdów, był w stanie raz dwa wprawić się w obsłudze chociażby kuchenki elektrycznej. Nie musiał głodować, ani stołować się na mieście, ponieważ: Bez żadnego trudu i zachodów, mając kuchenkę elektryczną, może przygotować sobie wszystkie potrawy nie czując przebrzydłego swądu i nie brudząc nawet rąk. Dziewczyna z miasteczka. Obraz Władysława Żurawskiego z 1932 roku O tej propagandzie elektryczności pisałam już w innych artykule (kliknij, aby go przeczytać). Czy jednak rzeczywiście było tak prosto? I zupełnie bezpiecznie? Musimy pamiętać, że kable elektryczne przed wojną w znacznym stopniu różniły się od tych, jakimi dzisiaj podłączamy urządzenia. Wtyczki były wtedy porcelanowe i początkowo nie posiadały nawet uziemienia. Kobieta prasująca żelazkiem elektrycznym, w głębi stoi odbiornik radiowy – również napędzany prądem. Fotografia z 1936 roku. Nie taki prąd jak dzisiaj Także kabel wyglądał inaczej. Przede wszystkim był znacznie grubszy od dzisiejszych. Przypominał raczej ten, którym podłącza się monitor do komputera stacjonarnego, niż cieniutki od ładowarki. Czasopismo dla kobiet „Pani Domu” w 1935 roku wydrukowało szczegółową instrukcję odnośnie do tego, jak należy się obchodzić z taką wtyczką, by jej nie uszkodzić: Musimy pamiętać, że ze sznurami trzeba się obchodzić ostrożnie, nie dopuszczając do zbytniego skręcania i supłania go, a przy wyjmowaniu wtyczki z gniazda nigdy nie ciągnąć za sznur, lecz wyjmować samą wtyczkę. I lepiej było dobrze zapamiętać te porady, bo przedwojenne instalacje elektryczne – pozbawione zabezpieczeń i zwyczajnie zawodne – były o wiele bardziej niebezpieczne od tych dzisiejszych. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że były niebezpieczne dla każdego. Przedwojenna prasa podkreślała jednak, że zagrożone są głównie panie. A więc istoty mniej rozsądne i nierozumiejące powagi sytuacji… Pułapki na panie domu Dziennik „Echo” opublikował w 1934 roku tekst pt. Pułapki na panie domu. Wyliczano w nim kolejne momenty z jednego dnia zwyczajnej Polki, mogące doprowadzić do śmiertelnej tragedii. Pierwsza groźba pojawia się już przy okazji porannej kąpieli: Po jakimś kwadransie wesołego pluskania się w wodzie sięga po wiszący na gwoździu ręcznik, aby wytrzeć twarz. Ale był to ostatni ruch, jaki uczyniła w życiu. Pokojówka znajduje ją po niejakim czasie bez życia w wannie. Co się stało? Oto gwóźdź, na którym wisiał ręcznik, został tak nieszczęśliwie wbity do ściany, że wszedł w kontakt z przewodem elektrycznego światła. Gdy pani dotknęła gwoździa mokrą ręką, została zabita prądem elektrycznym. Wnętrze domu. Widoczny stary świecznik przerobiony na żyrandol elektryczny. 1938 rok. A przynajmniej „zostałaby”, redaktor przyjmuje, że wypadek się nie zdarzył i przechodzi do kolejnego, nie mniej makabrycznego punktu harmonogramu. Gospodyni, śpiesząca się już do wyjścia, chwyta bluzkę, ta jednak okazuje się „nieco przymięta”: Ale od czegóż ma żelazko elektryczne? Szybko skrapla przed prasowaniem bluzkę, przy czym w pośpiechu trochę wody rozlewa się na dywan. Potem bierze mokrą jeszcze ręką żelazko i staje bosą nóżką na wilgotnym dywanie. I oto nieszczęście gotowe. W witrynach na wystawie elektro-terapeutycznego instytutu można oglądać wielką liczbę takich morderczych żelazek, dowodzących, jak ostrożnie z tymi produktami techniki nowoczesnej należy się obchodzić. Urządzenia zamontowane w Miejskich Zakładach Elektrycznych w Gdyni. Rok 1932 Dalsze niebezpieczeństwa wiążą się z gotowaniem i z… włączaniem lamp pokojowych („Zapewne wielu osobom nieraz się już zdarzyło, że przy odkręcaniu kontaktu dla zrobienia światła dał się uczuć lżejszy lub silniejszy wstrząs. Zazwyczaj nie zwraca się na to uwagi, a jednak skutki takiego uderzenia mogą być nieraz śmiertelne” – podkreśla redaktor). Pani domu bezpieczna nie jest także u samego kresu dnia, gdy „kładzie się do łóżka, aby przed zaśnięciem oddać się jeszcze miłej lekturze”: Lampka elektryczna na metalowej nóżce stojąca na nocnej szafce nie zawsze jest tak niewinna jak wygląda. Drut przewodu elektrycznego przechodzący przez metalowe otwory, bywa często w niektórych miejscach pozbawiony powłoki izolacyjnej wchodzi w kontakt z metalem. Jeśli pani nieostrożnie dotknie metalowej podstawy, naraża się na niebezpieczeństwo porażenia prądem. I można tylko zgadywać, ile dam, przeczytawszy rzeczony artykuł, postanowiło jednak na noc nie gasić światła. Ot tak tylko na wszelki wypadek… Choć z drugiej strony warto zapytać: a dlaczego mężczyzn nie straszono podobnymi tekstami? I dlaczego z nich nie robiono idiotów niezdolnych do „stawiania nóżek na wilgotnym dywanie”? *** Źródła: Artykuł powstał w oparciu o źródła i literaturę wykorzystane przez autorkę podczas pracy nad książką „Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski”.
był u pani prąd